Zgłoś uwagę Zbieramy na respirator
Federacja Przedsiębiorców Polskich

F    L    I    I       
Teoria trzeciego czynnika.

Zastanawiałem się, czy zacząć komentarz od rynku ropy, czy może od początku ;-), ale wybrałem jednak początek, a ropą zajmę się niżej. W miniony piątek (dla nas to początek tygodnia, jako że tygodniowy komentarz piszę w czwartek wieczorem) już rano trzyprocentowe zwyżki indeksów na giełdach Azji, Europy i kontraktach amerykańskich tłumaczone były dość niewiarygodnie tym, że prezydent Trump przedstawił rekomendacje odnośnie stopniowego uruchamiania gospodarki USA (stany same będą decydowały o uruchamianiu ich gospodarek). Mówiło się też, że dane o PKB w Chinach były lepsze od oczekiwań (nie były – PKB zmalał o 6,8%).

Wydaje się, że prawdziwym powodem było to, że eksperymentalny lek remdesivir firmy Gilead Sciences podobno daje doskonałe efekty w leczeniu COVID-19. Po czwartkowej sesji na Wall Street swój raport na ten temat opublikował Uniwersytet Medyczny z Chicago. Na razie jednak te zapowiedzi są zdecydowanie przedwczesne, co pokazuje wzrost akcji Gilead jedynie o 10% – potem staniały, a w czwartek po tekście Financial Times podważającym skuteczność leku wręcz zanurkowały. Gdyby lek rzeczywiście okazał się panaceum to cena akcji wzrosłaby o wiele, wiele więcej (nawet kilkaset procent), a na rynkach zapanowałaby hossa.

Nawiasem mówiąc prace nad lekiem są bardzo intensywne. Niedawno na przykład Marcos Pontes, minister w rządzie Brazylii, poinformował, że w laboratorium Instytutu Serca Uniwersytetu Medycznego w Sao Paulo powstał skuteczny lek na koronawirusa. Podobno w testach in vitro lek wykazuje 94 proc. skuteczność. Trwają też intensywne prace nad szczepionką, ale z powodu długości testów szczepionka (skuteczna i bezpieczna) pojawi się najpewniej dopiero za rok. Lek, nawet w fazie doświadczalnej, mógłby zdjąć problem z barków światowej gospodarki.

Niewykluczone, że, jeśli rację ma izraelski profesor: https://tiny.pl/7xp7j, to i bez leku epidemia zacznie wygasać. Nie przywiązywałbym się jednak za bardzo do jego opinii. Jedno wydaje się być pewne – będziemy się długo leczyli z pandemii histerii z powodu koronawirusa i skutkującego nią zamrożenia gospodarki. Po atakach na WTC, lotów w USA nie było przez trzy dni, a linie lotnicze leczyły się z tego uderzenia przez trzy lata. Podczas kryzysu rynku nieruchomości w latach 2006-2009 potrzeba było pięciu lat, żeby rynek naprawdę odżył. Tym razem sytuacja jest gorsza.

Nadzieję rodzą zapowiedzi powolnego (według mnie zbyt powolnego) ruszenia gospodarki globalnej. Nie przytaczałem chyba tutaj tych liczb, ale teraz to zrobię zdając sobie sprawę z tego, że mogę zarobić wiele negatywnych komentarzy. Otóż podczas pandemii hiszpanki 100 lat temu w USA zmarło z tego powodu 650 tys. ludzi (wtedy było około 100 mln Amerykanów – teraz 350 mln). Gospodarka mimo tego szybko rosła, wraz z nią indeksy giełdowe, a bezrobocie wynosiło 1,4%.

Co się przez te 100 lat zmieniło? Może bardziej dbamy o życie ludzkie, ale przecież epidemiolodzy twierdzą, że z lockdownem czy bez niego zakazi się tyle samo ludzi, tyle, że z lockdownem będzie to trwało dużo dłużej. Jeśli śmiertelność jest stała (coraz większa liczba badaczy mówi, że realna to 0,3%, bo nie wykrywamy 80% zakażonych bezobjawowych) to z i bez kwarantanny umrze tyle samo ludzi tyle, że nie będzie to tak bardzo widoczne. Czy nie wystarczyłby więc model szwedzki (zdaje się, że zaczynają odnosić sukcesy) nieco zaostrzony (zachowanie ostrożności w kontaktach) do lokalnych warunków tak, żeby nie zostały przekroczone możliwości ochrony zdrowia?

Może rację ma izraelski profesor, ale gwoli uczciwości trzeba przedstawić i inne opinie. W mijającym tygodniu szef Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Tedros Adhanom Ghebreyesus powiedział, że pandemia tak naprawdę nas uderzy jesienią. On oczekuje drugiego ataku wirusa i to potężniejszego niż ten obecny. Odwoływał się właśnie do przykładu hiszpanki sprzed 100 lat. Wtórował mu Robert Redfield, dyrektor amerykańskiego CDC (Centers for Disease Control and Prevention), który twierdzi, że to zimą nastąpi druga fala zachorowań na COVID-19 i wymiesza się ona z sezonem grypowym w ten sposób przeciążając szpitale. Jeśli WHO i CDC mają rację to im szybciej osiągniemy odporność stadną, do której dążą Szwedzi, tym lepiej. Kolejne uderzenia lockdown-u wywróciłoby globalną gospodarkę do góry dnem i to na długie lata.

Na razie jednak nadal trwa pompowanie nowych pieniędzy w gospodarki. W USA Steven Mnuchin, sekretarz skarbu USA oraz Nancy Pelosi, I spiker Izby Reprezentantów, zapowiedzieli międzypartyjne porozumienie, które zaowocuje pakietem wsparcia dla małego biznesu. Ma ono opiewać na około 500 mld USD. We wtorek plan opuścił Senat USA i powędrował do Izby Reprezentantów, gdzie był głosowany w czwartek. W czwartek też Rada Europejska odbyła telekonferencję radząc nad programem ożywiania gospodarki wartym dwa biliony euro. Na razie jednak porozumienia nie osiągnięto.

Wróćmy na rynki. Sezon raportów kwartalnych w USA został odsunięty w cień przez inne wydarzenie (w przyszłym tygodniu jednak będzie ich znowu mnóstwo). Na początku tygodnia dużo mówiło się o historycznym wydarzeniu, którym był spadek kontraktu majowego na ropę do wartości minusowych (nawet minus 37 USD). Wyglądało to tak jakby spanikowani gracze obawiający się fizycznych dostaw surowca, którego nie mają gdzie przechować (magazyny są pełne lub zarezerwowane, podobnie destylarnie i tankowce), zaczęli płacić za to, że ktoś weźmie na siebie odbiór surowca.

Podkreślić należy, że dotyczyło to dnia tuż przed wygasaniem majowych kontraktów. Chodziło o tych graczy, którzy zagapili się i nie przeszli na serię czerwcową, na której cena baryłki była większa niż 20 USD. Być może zresztą firmy brokerskie wyrzucały kontrakty tych graczy, którzy nie dopłacili do depozytu zleceniem PKC (po każdej cenie). Już we wtorek chorobą majowych kontraktów zakaziły się kontrakty czerwcowe i ropa staniała do poniżej 10 USD za baryłkę (widziałem nawet 6,50 USD). Takich cen nie widziano od połowy lat ’70 XX wieku.

Zachowanie rynku ropy zapala potężne żółte światło. Ja od kilkunastu lat mówię, że na rynkach towarowych ogon macha psem. Handel „papierową” ropą jest kilkadziesiąt razy większy niż tą „fizyczną”, czyli transakcjami między producentami ropy i jej użytkownikami. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja na złocie – „papierowego” jest ponad sto razy więcej (szacunki) niż fizycznego.

Według mnie zachowanie rynków opisuje teoria „trzeciego czynnika”. W dawnej ekonomii (mam nadzieję, że kiedyś do niej wrócimy) była podaż i popyt, a w środku była cena. Od mniej więcej 20+ lat na rynku jest realny popyt i podaż, ale w środku są rynki finansowe (ogon, czyli „trzeci czynnik”) i one dyktują cenę (pies). To ma niewiele wspólnego z realnym popytem i podażą. Rynki powinny być zreformowane tak, żeby zminimalizować wpływ trzeciego czynnika. Może podatkiem Tobina?

Oczywiste jest, że w magazynach i rafineriach jest ropa po starych cenach. Jak tylko gospodarki ruszą to ona będzie używana, więc cena produktów (np. na stacjach benzynowych) nie spadnie tak jak niektórzy tego oczekują. Zużywanie ropy zacznie opróżniać magazyny, więc rynki zaczną grać na zwyżki ceny. Tak więc ta skrajnie niska cena ropy to tylko taka „wydmuszka” niemająca wielkiego znaczenia, ale robiąca tytuły w mediach.

Zresztą już w kolejnych dniach cena baryłki szybko rosła podążając w kierunku 20 USD. W środę i czwartek zyskała w sumie 50% (doszła do 17 USD). W komentarzach pojawiało się wytłumaczenie mówiące o tym, że Donald Trump grozi zniszczeniem irańskich okrętów nękających okręty amerykańskie, ale to jest oczywista nieprawda. Iran niewiele teraz znaczy na rynku ropy. Po prostu byki na rynku ropy zabrały się do roboty.

Potężna przecena kontraktów na ropę szkodziła również na początku tygodnia złotu, które już w zeszły piątek z impetem cofnęło się spod oporu na 1.745 USD. Na tym rynku gracze ciągle nie mogą się zdecydować: czy kupować „papierowe” złoto traktując je jako bezpieczną przystań w okresie pogorszenie nastrojów (bo przecież poprawa nastrojów w piątek je przeceniła), czy może kupować wtedy, kiedy nastroje na rynkach poprawiają się?

Te wątpliwości doprowadziły do chaosu, który na początku tygodnia skutkował oscylacjami wokół poziomu 1.690 USD. Od środy złoto znowu jednak drożało (tym razem na fali optymizmu na giełdach akcji i ropy). Być może pomagało bykom to, że analitycy Bank of America prognozują wzrost ceny tego surowca do 3.000 USD w perspektywie 18. miesięcy. Ja też jestem za złotem, ale daleki jestem od stawiania prognoz docelowej ceny. Co będzie bowiem jeśli gracze na rynku „papierowego” złota przejmą się losem „papierowej” ropy? Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Na rynku walutowym na początku ostatniego tygodnia panowała godna podziwu stabilizacja. Mówię to zarówno o rynku EUR/USD jak i o polskich parach walutowych. Szaleństwa rynku ropy i zmienność indeksów giełdowych nie prowadziła do zmienności na tych rynkach. Dopiero w środę EUR/USD zanurkował, a w czwartek pogłębił dno. To zaszkodziło złotemu, ale nadal pozostawał on wewnątrz formacji flagi nie dając sygnału kupna/sprzedaży.

Tym razem w spadku EUR/USD nie chodziło o pogorszenie nastrojów na rynkach. Pomagały dolarowi plany poszerzenia pomocy gospodarce w USA, a euro szkodziły fatalne odczyty indeksów PMI (w USA były niewiele lepsze). W sektorze usług były to odczyty najgorsze w historii, ale reakcja rynków akcji była krótkotrwała – grały nadzieje na szybką poprawę sytuacji. Podsumowując można powiedzieć, że nadal sytuacja na parze EUR/USD jest daleka do wykrystalizowania, ale powoli przechyla się na korzyść dolara.

Jeśli zaś chodzi o rynek akcji to po piątkowych zwyżkach w poniedziałek i we wtorek na rynkach zapanowały minorowe nastroje. Indeksy S&P 500 i DJIA cofnęły się pod poziom 50% zniesienie bessy, a NASDAQ do niego powrócił spod poziomu 61,8%. Dopiero w środę obóz byków zaatakował, ale w czwartek indeksy zakończyły dzień neutralnie. Bykom pomagało to, co w dwóch dniach zasłoniła przecena ropy: powolne ożywianie przez rządy (nie „ożywienie”, bo do tego daleko) gospodarek kolejnych krajów oraz wzrost cen ropy. Zapowiedzi ożywiania gospodarek są nadal podtrzymywane mimo niejednoznacznej sytuacji na rynku pandemii. Po prostu rządy zaczynają rozumieć, że długi lockdown będzie szkodził bardziej niż powrót do pracy.

W Warszawie WIG20 zanurkował dopiero we wtorek, ale za to stracił aż cztery procent. Potem podążył za innymi indeksami w USA i w Europie, i w środę, i czwartek zaczął straty odrabiać. Indeks krąży wokół zniesienia bessy na poziomie 38,2%, czyli w okolicach 1.625 pkt. Generalnie układ techniczny jest nadal prowzrostowy – na WIG20 budowany jest proporzec, którzy bardzo często (nie zawsze) zapowiada kontynuację zwyżki. Sygnałem kupna byłoby pokonanie 1670 pkt. To otwierałoby drogę ku 1.725 pkt. (50% zniesienia). Oczywiście najmocniejszy jest indeks małych spółek sWIG80. On zachowuje się jak NASDAQ – zawrócił dopiero spod zniesienia bessy na wysokości 61,8%. Pamiętać jednak zawsze trzeba, że na małych spółkach łatwo jest wygenerować zwyżkę, ale bardzo trudno coś większego sprzedać w okresie dekoniunktury.

Zejdźmy na chwilę z rynków. W Polsce coraz głośniej jest o tzw. planie Sośnierza popieranym m.in., przez byłego wicepremiera Jarosława Gowina, a ostatnio również przez Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jest czteropunktowy. Pierwszy punkt to testy na szeroką skalę. Drugi to poddanie kontroli kontaktów zakażonych lub będących w kwarantannie Polaków (mobilne aplikacje w telefonach). Trzeci punkt to utworzenie sieci izolatoriów zróżnicowanych pod względem stanu pacjentów – w szpitalach powinny być osoby ze średniociężkimi i ciężkimi objawami. Czwarty punkt i najbardziej wątpliwy, bo nie bardzo wiadomo jak to zrobić, to izolowanie grup szczególnego ryzyka – osób starszych i obciążonych chorobami.

To wszystko powinno pozwolić na szybkie uruchomienie gospodarki, ale mam wrażenie, że nasi rządzący nie odważą się na wprowadzenie tego planu. Premier Morawiecki ostatnio powiedział, że „Nie chcemy, by z powrotem nastąpił szybki przyrost zachorowań na koronawirusa, dlatego rząd polski realizuje strategię bardzo ostrożnego, powolnego i wyważonego sposobu odmrażania gospodarki; sposobu, który pozwoli trzymać rękę na pulsie”.

Że bardzo powolne to fakt. Myślę, że luzowanie z zeszłego piątku wywołało powszechne rozczarowanie. Nie dziwi więc, że wicepremier Jadwiga Emilewicz powiedziała, iż jeśli wzrost zachorowań nie będzie postępował, kolejny etap pojawi się być może już w ten piątek. Pani wicepremier twierdzi, że według scenariusza bazowego (nikt go na oczy nie widział) ostry rozruch gospodarki nastąpi od początku lipca.

Pozytywem jest to, że rząd pracuje nad pakietem stymulującym gospodarkę (roboczo nazwał to „mieczem”). Tym razem chodzi nie o bierną pomoc, ale o program inwestycji publicznych (również w samorządach). Podobno ma kosztować co najmniej kilka proc. PKB, czyli około kilkaset miliardów złotych. Im szybciej tym lepiej, co zawsze powtarzam.

Polskie dane makro mogą bowiem naprawdę niepokoić. Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 pracowników w marcu wzrosło o 6,3% r/r, ale ważne jest co innego – w marcu zatrudnienie zmniejszyło się o 34,2 tysiąca etatów, co jest najgorszym wynikiem dla marca od czasów kryzysu finansowego. Ekonomiści Pekao słusznie piszą, że "Zaskakująco słabe marcowe dane o zatrudnieniu pokazują, że cięcia etatów ruszyły niemal natychmiastowo wraz z blokadą gospodarki – tej skali spadki widzieliśmy ostatnio w apogeum kryzysu w 2009 r., podczas gdy obecnie to tylko zwiastun potencjalnej skali zwolnień".

Kolejne dane makro były też bardzo słabe. Produkcja przemysłowa spadla w marcu o 2,3% r/r (oczekiwano spadku o 1,7%). Sprzedaż detaliczna jak piszą analitycy Pekao SA „…tąpnęła w marcu o 9% r/r. Największe spadki dotknęły te rodzaje działalności, które objęto restrykcjami od połowy marca. Sprzedaż tekstyliów, odzieży i obuwia spadła o połowę.”. Oczekiwano spadku o 3,4%. Jedynie produkcja budowlano-montażowa zachowała się przywozicie i w marcu wzrosła o 3,7% (oczekiwano 0,8% r/r).

Jeśli chodzi o skutki pomocy gospodarce przez rząd i NBP to może lekko niepokoić to, co w swoim raporcie stwierdził Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF). Spodziewa się on spadku PKB Polski w 2020 roku o 4,9 proc. Najgorsze jest, że wg Instytutu wzrost deficytu szacowany na około 100 mld zł. może wzmóc obawy inwestorów o stabilność zadłużenia. Na razie nie widać było jednak tych obaw na wykresach kursów walut, o czym pisałem wyżej.

W Warszawie kolejny tydzień jest dla rynków krótszy o jeden dzień (piątek to 1 . maja). Wall Street pracuje jednak normalnie, więc handel walutami i surowcami w piątek będzie całkiem normalny. W ten piątek (24.04) agencja Standard & Poor’s może opublikować nowe ratingi dla Włoch, Grecji i Wlk. Brytanii. Szczególne zagrożenie rodzi rating Włoch – cięcie o dwa poziomy sprowadziłoby ich obligacje do poziomu śmieciowego. Dlatego też ECB już powiedział, że będzie kupował obligacje śmieciowe. To już zupełne zdjęcie rękawiczek i ordynarny druk euro.

W kolejnym tygodniu dostaniemy mnóstwo danych makro spoza Polski (m.in. wstępne odczyty indeksów PMI, czy PKB w USA) oraz całą lawinę wyników kwartalnych dużych firm amerykańskich. W normalnych czasach to właśnie stałoby za zachowaniem rynków. Tyle, że czasy normalne nie są.

Można powiedzieć, że rynki wierzą w pomoc rządów i banków centralnych, która ma według inwestorów zneutralizować wpływ pandemii. Tak długo jak ten nastrój się utrzyma to bardzo złe dane makro (na przykład kolejne 4,4 mln bezrobotnych) będą lekceważone („bo niedługo będzie lepiej”). Tak więc na razie nie widzę powodu do zmiany swojej opinii – niepokoi mnie to, że olbrzymia większość inwestorów wierzy w marcowy dołek i panaceum w postaci pomocy rządów i banków, ale to nie zmienia postaci rzeczy, że o ile nie pojawi się nowe, zupełnie nieoczekiwane, wydarzenie (jak ujemna cena ropy) to indeksy powinny zyskiwać.


Autorem tekstu dla iWealth jest Piotr Kuczyński, ekonomista, analityk rynków finansowych.

Niniejszy materiał ma wyłącznie charakter promocyjny i nie stanowi oferty ani zaproszenia do składania ofert w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego. Informacje zawarte w niniejszym materiale nie mogą stanowić wyłącznej podstawy do skorzystania z usług oferowanych przez Spółkę lub do podjęcia jakiejkolwiek decyzji inwestycyjnej. Wymagane przepisami prawa informacje o Spółce oraz świadczonych usługach, w tym o ryzyku związanym z oferowanymi instrumentami finansowymi udostępniane są na stronie internetowej iwealth.pl, w serwisie transakcyjnym iWealth Online lub w formie papierowej przed rozpoczęciem świadczenia usługi.

Źródło: iWealth Management

Udostępnij >
T